środa, 26 maja 2010
Wśród zapachu wawrzynu...
Post miał być dokonany wczoraj , prawie na żywo , ale wrażenia jakie mnie dopadły juz mi nie pozwoliły zająć się czymś wymagajacym pracy ;-) .
Odwiedziła Krakusowo Małgosia Matyjaszczyk , nie tylko autorka świetnego bloga o Toskanii , ale i autorka ksiażek o niej. W Trattoria di Cesare odbyło się pierwsze autorskie spotkanie przy lampce wina i czym co tam sobie człowiek zamówił / ja- pierożki z ricottą i suszonymi pomidorami , mniammm /.
Sporo osób , wspaniała atmosfera , ciekawe opowieści , a wszystko to wśród cudownie pachnacych liści wawrzynu rozsypanych na stołach. Podobno poprzedniego dnia rosły sobie jeszcze na toskańskim drzewku ;-). Małgosia z wdziękiem i cierpliwościa podpisywała swoje ksiażki / "Mój pierwszy rok w Toskanii " oraz "Toskania dzien po dniu " / , i równiez ja stałam sie posiadaczką miłej dedykacji.
W całym tym ferworze wybierania sie na owe spotkanie nie zabrałam najważniejszego instrumentu , a mianowicie Nikonka. Żal mój był nie utulony i posiłkować musiałam się komórką / łeeeee /. Kilka pamiątkowych zdjęć jednak powstało , choć nie w odpowiadajacej mi jakości .
Zasiała mi sie w głowie ta Toskania , bo tam moje nogi jeszcze nie dotarły , póki co pochałaniam książki i snuję marzenia w głowie.Od czegoś trzeba zacząć.......
sobota, 22 maja 2010
Prawie Warhol .....
.....a ,że prawie robi wielka różnicę - jak to mówią w Pańci ulubionej reklamie - nie aspiruję do podszywania sie pod nazwisko Wielkiego Twórcy. Dawno mnie tu nie było , a że pasuje raz na jakiś czas zaznaczyć swoją obecnosć....WIĘC JESTEM !.
Pańcia zrobiła mnie tym razem - nie na szaro bynajmniej - na kolorowo i podobno w takiej odsłonie warholowskiej mam zawisnąć w gabinecie u Pani Doktor mojej kochanej. No cóż sława zobowiązuje ..... Jestem posiadaczem palmy pierwszeństwa pod nazwą : Jedyny- Szczególny-Niedościgniony -Przedstawiciel-ADHD .
Podobno ja i Warhol mamy cos ze soba wspólnego : on jest Warhol a ja warchoł ;-)))))
prawie Warhol
prawdziwy Warhol / zdjęcie ze źródeł Google /
środa, 19 maja 2010
Życzenie.....
Z góry proszę o wybaczenie , gdyż znajduje się tu pewien mało kulturalny , aczkolwiek często używany wyraz. Skomponowana całość "artystyczna " została przeze mnie znaleziona w jednym z sekretariatów poważnej / jak by nie patrzeć / uczelni. Pomyślałam więc ,ze skoro w takim przybytku się nie wstydzą ....pokażę i Wam ;-))))) .Ja uczciwie powiem ,że bardzo mi się podoba ;-))))))
wtorek, 18 maja 2010
Ciągle pada....
....asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby.....to stara piosenka....
Dziś deszcz pada i pada , nie wiem juz nawet od kiedy , ale tydzień to napewno.Kiedy to piszę przez Kraków przetacza się kulminacyjna fala powodziowa , część mostów zamknięta ,bulwary zalane , część ulic podtopiona , nie mówiąc juz o tym co dzieje się w okolicznych wioskach... Miasto sparaliżowane !!!! Stan Wisły ponad 900 cm , wyższy niż podczas ostatniej powodzi w 1997 roku . Średnia miesięczna opadów dla Krakowa w maju to niewiele ponad 70 cm/m2 , obecnie wynosi ponad 210 cm/m2....
Portale pełne tragicznych zdjęć z obszarów objętych powodzią , skóra cierpnie...
Dla równowagi zamieszczam dzisiaj kraniki -hydranciki i symbolicznie czaruję zamknięcie dopływu tej wody z nieba....A co tam , każdy sposób dobry ;-)
Etykiety:
Cracoviana,
W okolicy,
Wydarzenia w kraju i na świecie
wtorek, 11 maja 2010
Ślimak, ślimak pokaż rogi....
Ta ślimacza sesja jest naturalną konsekwencją wyprawy po mlecze na miodek. A to czemu? A temu ,że równie dużo jak mleczy napotkałam ślimaków.Zostały wybrane trzy urodziwe egzemplarze i zaproszone na ekskluzywną sesję do domu ;-)))). W ubiegłym roku sesja taka odbyła sie w warunkach naturalnych czyli w plenerze co odchorowałam nadwyrężeniem kręgosłupa / jej efekty w bocznej zakładce pod nazwą Ślimaki /.
Tegoroczne egzemplarze okazały sie jakoś dziwnie ruchliwe i nie mogłam za nimi nadążyć , co znacznie zmienia moje zdanie na temat określenia "ślimacze tempo". Jak skupiłam sie na jednym ,pozostałe już znajdowały się na brzegu wysokiego naczynia w jakim je umieściłam.
Niniejszym składam oświadczenie ,że żaden z występujacych tu okazów nie ucierpiał podczas sesji i po jej zakończeniu został wypuszczony na wolność ;-))))).
Zdjęcia wykonane zostały aparatem Nikon D 300 oraz obiektywem makrowym , poza tym pozostawiłam je w dużej rozdzielczości , więc po kliknięciu na nie ukazują elementy w znacznym powiększeniu . Więcej zdjęć znajduje sie w zakładce po prawej stronie pod nazwą Ślimaki II , / proponuję oglądnąć w wersji " pokaz slajdów " / .
niedziela, 9 maja 2010
Miodek majowy
Zachciało sie babie miodku. Z tematem spotkałam się już gdzieś na kilku blogach , ale z bliska "pomacałam" na placu ,gdzie przyjeżdzajace z okolicznych wiosek kobiety handlują róznymi swoimi wyrobami.
Widać wzbudziłam zaufanie bo przepis otrzymałam bez trudu.
O czym mowa? O majowym miodku z mniszka lekarskiego czyli popularnego mlecza . Z pozoru rzecz wydawała sie prosta jak konstrukcja cepa . Z pozoru. Sam przepis skomplikowany nie jest , ale pracochłonny i brudzący. Chęć posiadania tego cudownego smakołyku bardzo mnie jednak zdeterminowała.
Widać wzbudziłam zaufanie bo przepis otrzymałam bez trudu.
O czym mowa? O majowym miodku z mniszka lekarskiego czyli popularnego mlecza . Z pozoru rzecz wydawała sie prosta jak konstrukcja cepa . Z pozoru. Sam przepis skomplikowany nie jest , ale pracochłonny i brudzący. Chęć posiadania tego cudownego smakołyku bardzo mnie jednak zdeterminowała.
Młody został spacyfikowany i wyruszyliśmy na łąkę w celu uzbierania produktu głównego czyli owego mlecza, a ściślej rzecz biorąc samych główek kwiatkowych. Potem czyszczenie , obieranie płatków i cała procedura wytwórcza trwajaca przez dwa dni. Przepisu nie zamieszczam celowo bo jest bardzo popularny i dostępny w necie w różnych modyfikacjach. Ja swój zasiliłam - oprócz cukru oczywiście - cytryną i mandarynkami . Jak się dowiedziałam specyfik ten jest znakomity jako dodatek przede wszystkim do herbaty na jesienne i zimowe przeziębienia . Pożyjemy- zobaczymy ;-))) . Wyszło sześć słoiczków . Pyszności ! W smaku i konsystencji podobny do miodu pszczelego , ale z ciekawym posmakiem i lekko cytrynowy , bo cytryny nie żałowałam . Resztka jaka nie zmieściła się do ostatniego słoiczka została zdegustowana i pochłonięta niemalże natychmiast . Ja jestem dumna a Młody zachwycony !!!!
Zdjęcie litografii botanicznej zaczerpniete ze zbiorów Wikipedii .
Etykiety:
Foto posty,
Kwiatowo,
posty z przepisami,
pychotki,
Wiosna
wtorek, 4 maja 2010
Na pewno maj....
Jedynym widomym i pewnym objawem tego ,że jest maj było dla mnie od wiek wieków pojawienie sie konwalii i bzu !!! Cały maj to świętowanie mojej mamy - urodziny 3 maja / do tego sobie święto wybrała / ,imieniny 15 maja - Zofii przecież ! , oraz Dzień Matki 26 maja .....Cały ten maj taszczyłam do domu naręcza bzu i bukieciki słodkich konwalii , które tak mama uwielbia .....więc jak widzę bez i konwalie - wiem już , JEST MAJ !!!!!
niedziela, 2 maja 2010
Latarnica czyli doznane olśnienie....
Jakiś czas zastanawiam się skąd u mnie taki pociąg do fotografowania latarni ???? I wymyśliłam !!!! W myśl powiedzenia "jak nie nie ma co się lubi to sie lubi co się ma " nasunęło mi się rozwiązanie .
Los zesłał mnie / a tak - zesłał / daleko od rodzinnego domu . Tam ,w moim pokoju rozpościerał sie widok na gdańską zatokę ,Westerplatte , a nocą za oknem widziałam lampy statków stojacych na redzie i światło latarni morskiej w Nowym Porcie. Do dzisiaj widok horyzontu i morza jest dla mnie bezcenny i ulubiony. Gdy wyszłam na taras po drugiej stonie domu widok rozpościerał sie na klif w Orłowie i Półwysep Helski. Nocą oczywiście świeciła tam latarnia .....I do plaży miałam tylko najwyzej 400 m.....co za czasy...
Dzisiaj w Wielkim Mieście mam tylko latarnie miejskie , czasem nawt dość ładne , ale nie te moje zapamietane...Część mojego fotograficznego zbioru miejskiego poniżej .....Jak sie nie ma co się lubi....
Los zesłał mnie / a tak - zesłał / daleko od rodzinnego domu . Tam ,w moim pokoju rozpościerał sie widok na gdańską zatokę ,Westerplatte , a nocą za oknem widziałam lampy statków stojacych na redzie i światło latarni morskiej w Nowym Porcie. Do dzisiaj widok horyzontu i morza jest dla mnie bezcenny i ulubiony. Gdy wyszłam na taras po drugiej stonie domu widok rozpościerał sie na klif w Orłowie i Półwysep Helski. Nocą oczywiście świeciła tam latarnia .....I do plaży miałam tylko najwyzej 400 m.....co za czasy...
Dzisiaj w Wielkim Mieście mam tylko latarnie miejskie , czasem nawt dość ładne , ale nie te moje zapamietane...Część mojego fotograficznego zbioru miejskiego poniżej .....Jak sie nie ma co się lubi....
Etykiety:
Architektura,
Cracoviana,
Foto posty,
hobby,
Lampy,
W okolicy
Subskrybuj:
Posty (Atom)